Poltora roku temu mialem zalamanie nerwowe i probe samobojcza, depresja od wielu lat, czucie sie jak gowno, zjebana samoocena, zapijanie alkoholem, psychiatryk. Przykrosci za nastolatka, przemoc psychiczna. Zaczalem brac SSRI, gowno dalo. Terapia byla daremna. Stwierdzilem, ze pierdole to i wpierdalam sie w opiaty, skoro zycie mnie nie cieszy to nie bede sie zabijal, tylko przechodze je nacpany.
I co sie stalo? Biore smieszne leki na kaszel od roku z kilkoma przerwami, teraz w swieta mialem znow przerwe i po odstawieniu kodeiny wszystko wraca, nie mowie o skrecie, to co sie dzieje po nim, znowu sie czuje jak gowno, boli mnie egzystencja, meczy mnie.
Ladujac kode codziennie albo najlepiej co dwa dni czuje sie zupelnie inaczej, to tlami w chuj zle mysli, wlasnie tego szukalem. Zamykam sie w swiecie swoich pasji, spotkania z ludzmi nie mecza, sa mi albo obojetne i dobrze je znosze. Jakis czas temu zalowalem, ze biore kode, bo mi spowszedniala i zapomnialem jak czulem sie bez niej, od brania przez pare miesiecy dzien w dzien, ale przerwanie brania jej jednak zmienilo moja opinie. Morfina powinna byc podawana ludziom chorym na depresje, ale big pharma by stracila miliardy, psychiatrzy by nie mieli co robic. Nie zachecam, to kazdego wybor, ale mowie, ze mi pomaga, a biore w dawkach albo 240 czyli 16 tabletek, albo 20 tabletek 300 mg, dycha lub 15zl dziennie, wiecej mi od roku nie potrzeba, nie lubie brac wiecej, to idealnie tłami demony.
Nie dziwie sie heroiniarzom, to pochlania, to zabija smutki, tlami traumy, mozna chodzic po Berlinie zbierajac puszki i walac here dzien w dzien bedac pod kopula opiatu, tam nie dosiegaja smutki.